niedziela, 6 stycznia 2013

Walt Whitman "Gdy słuchałem, co mówił uczony astronom"


GDY SŁUCHAŁEM, CO MÓWIŁ UCZONY ASTRONOM

Gdy słuchałem, co mówił uczony astronom,
Gdy dowody jego twierdzeń ustawiały się przede mną w kolumny cyfr,
Gdy pokazywał mapy i wykresy, demonstrował dodawanie, dzielenie, pomiary,
Gdy siedząc w sali wykładowej, słuchałem wykładu astronoma i braw,
                                                    jakimi mu przerywano
Jakże rychło źle się poczułem i ogarnęło mnie niewytłumaczalne znużenie,
Które minęło dopiero, gdy podniosłem się, wymknąłem z sali i ruszyłem
                                                            przed siebie
W mistycznym, wilgotnym powietrzu nocy, od czasu do czasu
Podnosząc wzrok, w całkowitym milczeniu, ku gwiazdom.

Stanisław Barańczak


W. Whitman, Gdy słuchałem, co mówił uczony astronom, tłum. S. Barańczak, w: S. Barańczak, Od Walta Whitmana do Boba Dylana. Antologia poezji amerykańskiej, Kraków 1998, s. 42-43.

sobota, 9 czerwca 2012

Edward Pasewicz "Pokoiki do wygaśnięcia"

Wszystkiego najlepszego, Pasewiczu!




POKOIKI DO WYGAŚNIĘCIA


„Odczuwamy bezkształtny strumień powietrza”
i sen jest formą echa. Wewnętrzny głos 
a w jego nurcie inny jeszcze, jakby rdzeń?

A z czego się składa ta piosenka, 
to akwarium tonów, ten sklepik cichy 
po szesnastej w niedzielę na Podolanach?

Rozluźniam mięśnie grzbietu i słucham,
z którymś oddechem przyjdzie zrozumienie,
wtedy jeśli powiem j a s n o, to będzie to
powiedziane.

Rozprasza mnie myśl, że poza słowami
istnieje jeszcze tyle „tonów składowych”,
w ciele budzi się ochota, by się zachłysnąć,
zapowietrzyć i błysnąć jak magnezja,
ale to niemożliwe.

Upchnąć się całkiem
w słowach i wysłać, to jest marzenie, 
aż pod powiekami przemyka cień i żyłka
drga w oku jakby chciała pęknąć, 
lecz nic się nie dzieje:

„Mały jadowity ludek
pracuje spokojnie i drąży głębokie tunele,
rzeka podnosi się i zalewa wszystko,
tylko w świetle widać jej piękno”.


E. Pasewicz, Dolna Wilda, Poznań 2006, s. 13.


czwartek, 7 czerwca 2012

Mariusz Grzebalski "Zombi"


Wiersz Mariusza Grzebalskiego (1969) z tomu Niepiosenki (2009).

Zombi

Dziś korzysta poezja, zdrowie nie korzysta.
Dziś zdrowie nie istnieje, jestem zombi.

Idę, radośnie merdam ogonem.
Twarze pań w tramwaju takie dziś sromotne.

Jak co dzień na szlaku, choć niecodzienne trudności.
Jest już jutro i lato pławi się w nowych nurtach.

Matka dekonstrukcja stuka w talerz głowy.
Jest tam kto? Jestem, idę, patrzę.

Strasznie mnie dziś podnieca straszny świat.
Czerwony świat w czerwonych oczach.


M.Grzebalski, Kronika zakłóceń (1994-2010), Wrocław 2010, s. 214.

wtorek, 29 maja 2012

James Schuyler "Wiersz"

Schuyler w Chelsea Hotel, 1989, fot. Robert Giard


James Schuyler (1923-1991) - jeden z czterech centralnych poetów Szkoły nowojorskiej. 
Na polskim rynku właśnie ukazały się dwie jego książki: Trzy poematy (Biuro literackie) z nagrodzonym Pulitzerem słynnym The Morning of the Poem oraz powieść Co na kolację? (Wydawnictwo W.A.B.). Z tej okazji Poem z tomu Freely Espousing (1969) w tłumaczeniu Andrzeja Szuby:

Wiersz

Gdybyś już musiał być liściem,
czy chciałbyś być liściem dębowym?
Przypuśćmy, że miałbyś przeżyć życie
wiedząc to, co wiesz?
Przypuśćmy, że miałbyś kupę forsy

"Odwal się ode mnie, ty głupku."

Schyłek dnia, początek marca,
jesteś jak smród kanałów
w restauracji, gdzie paté maison
jest kawałem zimnego mięsa:
wilgotnym i gąbczastym. Za grosz w tobie wdzięku

Andrzej Szuba

"Literatura na Świecie", 1986, nr 7, s.426.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Spotkanie z Andrzejem Sosnowskim 13 kwietnia w Białymstoku

Andrzej Sosnowski w Teatrze TrzyRzecze

Sosnowski i autor Sfereo

fot. Sandra Bujno

czwartek, 12 kwietnia 2012

Andrzej Sosnowski "Acte manqué"


Jutro prowadzę spotkanie z Andrzejem Sosnowskim w Białymstoku. Wszystkich słuchaczy z okolic serdecznie zapraszam. Impreza odbywa się w ramach cyklu "Wiersz wychodzi z domu", dlatego puszczam dziś kawałek, gdzie ta fraza pojawiła się po raz pierwszy.

Acte manqué

Cóż, może w innym sezonie ogrzewczym
jakiś miły nocleg w naszej starej bazie
lub wpadnij do nas na kieliszek chleba.
Wiersz wychodzi z domu i nigdy nie wraca
a gwiazda dalej pulsuje w przestrzeni komicznej
jak zielone oko magnetofonu, latarnia
magiczna, choć co pod nią było morzem,
muzyka, ciemny pokój, taniec czy też przyszłość
którą napoczyna zdziwiona dłoń
w rozporku spiętym agrafką? Jestem
niegotowy, mam na palcach zapach
oranżady w proszku i mleko
pod nosem, stara maleńka.

Zapomniałem się i co na to egzekutywa?
Są usterki na łączach poza granicami
i ktoś inny bawi się w konferansjerkę.
Niesprawni znawcy? Symptomy, sygnały
tryskające po linii zaciekłego oporu
czy gejzery pary nad wlotami włazów? Np.
tamta śmieszna dziewczyna z tropikiem
pomarańczowych włosów rozbita wprost
na gołej ziemi, same szpilki i śledzie, ech,
kurwa, skóra i kości, rzekłbym.
Wyjąłeś mi to z ust.

My, nieznani sprawcy na sennych biwakach.
Powiedzieć to inaczej niż tak i niż nie.

Z tomu Sezon na Helu (1994)

niedziela, 1 kwietnia 2012

Adam Zagajewski "Improwizacja"

Jeden z moich ulubionych wierszy:

Improwizacja

Trzeba wziąć na siebie cały ciężar świata
i uczynić go lekkim, znośnym.
Zarzucić go sobie na ramiona
tak jak plecak i ruszyć w drogę.
Najlepiej wieczorem, na wiosnę, kiedy
spokojnie oddychają drzewa, a noc zapowiada się
pogodnie, w ogrodzie trzaskają gałązki wiązów.
Cały ciężar? Krew i brzydotę? To niemożliwe.
Zawsze zostanie osad goryczy w ustach
i zaraźliwa rozpacz tej starej kobiety,
którą widziałeś wczoraj w tramwaju.
Dlaczego mamy kłamać? Przecież uniesienie
istnieje wyłącznie w wyobraźni i szybko znika.
Improwizacja – zawsze tylko improwizacja,
nic innego nie znamy, mała albo wielka,
w muzyce, gdy trąbka jazzowa wesoło płacze,
albo kiedy patrzysz na białą kartkę papieru
czy też wtedy, kiedy uciekasz
przed smutkiem i otwierasz ulubiony tom wierszy;
zwykle w tym momencie dzwoni telefon
i ktoś pyta – czy reflektuje pan /pani na nasze
najnowsze modele? Nie, dziękuję bardzo.
Zostaje szarość i monotonia; żałoba,
której nie uleczy najwspanialsza elegia.
Ale może są rzeczy ukryte przed nami
i w nich melancholia miesza się z entuzjazmem,
zawsze, codziennie, jak narodziny świtu
nad brzegiem morza, albo nie, poczekaj,
jak radosny śmiech tych dwóch małych ministrantów
w białych komeżkach, na rogu Jana i Marka,
pamiętasz?


Z tomu Niewidzialna ręka (2009)